Wystąpił błąd w tym gadżecie.

14.08.2011

Gruzinskie przygody 1

Pierwszy dzien w Batumi, jak juz pisalismy, zszedl na odsypianie podrozy i uzupelnianie bloga :)
Po tym dniu nie moglam sie nadziwic co tak urzeklo Piecyka w tym kraju. W Batumi panuje straszny chaos, nowoczesne, ekskluzywne hotele kontrastuja ze stara, obskurna sowiecka architektura. Wszedzie powiewa na wietrze pranie rozwieszone czesto przez cala ulice, jest strasznie parno, kaluza obok kaluzy... grrr W nocy bylo bardzo duszno i nie dalo sie spac, bo co chwile kolo ucha przelatywal komar.

Batumi 1
  
Batumi 2
Nastepny dzien zaczal sie dobrze. Na sniadanie zrobilismy sobie jajecznice, co bylo sporym urozmaiceniem naszego porannego menu. Po czym wybralismy sie na spacer po uliczkach i bulwarach, pocac sie i duszac w goracym, wilgotnym klimacie Batumi.
Znalezlismy lokalna restauracje z przyzwoitymi cenami i postanowilismy skosztowac gruzinskich potraw chinakili i adzarskiego chaczapuri (Maciek po raz kolejny). Podczas obiadu poznalismy nowego wroga-kindze! Ziolo to, nawet najprostsza surowke z pomidora i ogorka potrafila uczynic niezdatna do spozycia.
Popoludnie minelo nam na praniu przy sporej ingerencji naszej gospodyni - krolowej-matki. Wieczorem zasmakowalismy wzrokiem nocnego zycia miasta, z kolorowymi fontannami i ruskim lansem na czele.
Lans pod palma
 

Batumi by night

 Kolejnego dnia postanowilismy pozegnac Batumi. Ruszylismy na droge wylotowa w strone miejscowosci Khulo. Pytajac o droge musielismy utrzymywac, ze idziemy pieszo, gdyz w przeciwnym razie kierowano nas bez przerwy na dworzec. Autostop rozumiany byl jako chec podrozy marszrutka (minibusem). Po dojsciu na wlasciwa droge zaczelismy machac jeszcze w miescie. Z piskiem opon zatrzymal sie dla nas ciezarowy Mercedes. Kierowca jechal kilkanascie kilometrow w strone Khulo i postanowil nam pomoc. Zostalismy przez niego rowniez zaproszeni na wystawny obiad - zaczela sie Gruzja! Restauracja polozona byla niezwykle malowniczo - przyklejona do wodospadu. Mozna bylo przy szumie spadajacej wody delektowac sie smakiem pysznych potraw. Pywatnosc zapewnialy wydzielone altanki, ktore czym wyzej polozone tym ladniejszy widok oferowaly biesiadnikom.Stol uginal sie pod zamowionym przez kierowce jedzeniem a smaku calosci dodaly dwa dzbany gruzinskiego wina :) Zawsze gdy kelnerzy wnosili potrawy sadzilismy ze to juz koniec zamowienia, jednak wielokrotnie sie mylilismy..

Obiad przy wodospadzie

Po obfitym posilku nasz dlug wdziecznosci wzrosl jeszcze bardziej, gdy zaczeto organizowac nam podwozke do Khulo. Tak sie zlozylo, ze kierowca ciezarowki znal czlowieka zarzadzajacego marszrutkami na tej wlasnie trasie. Zostalismy odstawieni na przystanku z informacja, ze podjedzie po nas marszrutka i zgarnie nas do Khulo, Nasz opor byl bezskuteczny. Otoczeni gromadka dzieci czekalismy na tzw. Rolanda, ktory mial nam pomoc w dalszej drodze. Faktycznie - po jakims czasie zajechal busik i wsiedlismy do maszyny. Podroz trwala dlugo, bo stan "drogi", ktora znaczona na mapie jest jako divided highway byl delikatnie mowiac kiepski. Gdyby byl choc asfalt... Zamiast niego, atrakcja byly wyrastajace raz po raz minarety,

 Rybiata i mapa
Dowiedzielismy sie podczas trasy, ze marszrutka jest nie tylko  srodkiem transportu ludzi ale tez pelni wazna spoleczna funkcje. Czesto zatrzymywalismy sie aby komus wydac jakies paczki, Inne w tym czasie byly wkladane, Pare razy nasz kierowca z siatami pelnymi zakupow zachodzil do domow starszych osob... Po dotarciu na miejsce, ktore okazalo sie byc niezwykle urokliwe stalismy sie obiektem zainteresowania. Kilka osob zaproponowalo nam nocleg u siebie. Poszlismy z Pania, ktora miala na rekach malutka coreczke. Ich dom miescil sie na niewielkim wzgorzu jakies 500m od glownej szosy, Nasza Gospodyni z wielka wprawa w wysokich butach i corka na rekach skakala po kamieniach i omijala kaluze. Zostalismy zaproszeni do duzego drewnianego salonu. Mial on swoj klimat. Ku naszemu zdziwieniu byl on tez wyposazony w Tv, dvd, satelite i laptopa... Wypilismy razem kawe i wraz z mala Lisa poszlismy obejrzec okolice. Nauczylismy sie, ze zywica z iglakow nadaje sie jako guma do zucia - faktycznie! Po milym spacerze Pani Domu wraz z kolezanka zabraly sie za przygotowanie posilku dla nas i dla mezow pracujacych do pozna. Zorientowalismy sie ze trafilismy w gosci do muzulmanskiej rodziny. Taka ciekawa mieszanka jest efektem skomplikowanej historii regionu w ktorym bylismy - Adzarii. Wyznajacych islam Gruzinow, tak jak tureckich muzulmanow obowiazywal obecnie ramadan. Wieczorem dolaczyl do nas maz Gospodyni wraz ze znajomym i jego dziecmi i w skladzie dwoch rodzin i nas siedzielismy sobie gadajac troche o wszystkim i o niczym. Pozniej do dyspozycji dostalismy lekko pochyly pokoj, w ktorym zdawac sie moglo ze jest sie po kilku glebszych, nawet gdy bylo sie calkiem trzezwym. Moglby z powodzeniem sluzyc za symulator stanu upojenia alkoholowego:)

Khulo
Zachod slonca w Khulo

Jedni pisza pamietnik, inni gotuja

W gosciach w Adzarii

Wstalismy skoro swit o 9.00, na dole bylo slychac juz zycie, gdy zeszlismy siedziala juz u gospodarzy sasiadka :) Byl rowniez Pan domu, ktory pewnie zwykle o tej godzinie jest juz dawno w pracy. Zostalismy poczestowani pysznym chaczapuri i cala reszta pysznych, domowych produktow. Bylo nam dosc niezrecznie, gdy rozlozono tylko trzy zastawy. Do sniadania usiedlismy tylko my i gospodarz, ktory mimo ramazanu moze zjesc sniadanie, gdyz czeka go caly dzien ciezkiej pracy.

Turecka kawa i chaczapuri

Po sniadaniu cala rodzinka odprowadzila nas kawalek, dalej poszedl z nami gospodarz domu, ktory koniecznie chcial nas wpakowac w marszrutke i nie mogl pogodzic sie z tym, ze jego goscie pojda pieszo. Pozegnalismy sie serdecznie ,a na koniec uslyszelismy "podziekujcie od nas rodzicom, ze mogliscie tu przyjechac i u nas goscic".

Pozegnanie z gospodarzami
Wedrowalismy sobie podziwiajac piekne widoki, mijalismy ludzi pracujacych w polu, w oddali widac bylo wioski pasterskie na szczytach gor i wypasane bydlo. Co jakis czas mijaly nas samochody, trabiac i pytajac czy nas nie podwiezc. Z wielkim zdziwieniem odjezdzali, gdy odmowilismy. Po drodze minelismy jakichs mlodych ludzi, ktorzy probowali namowic nas na czacze, nie dalismy sie! :)

Gory...
...i my
Az doszlismy do malego, przydroznego sklepiku. Wszelkie przetwory mleczne chlodzily sie przez ciagle polewanie woda ze zrodelka w "lodowce", a nad glowa sprzedawcy wisialy "zuwaczki"- zywica z drzew iglastych zawinieta w kawalki folii, sprzedawana jako guma do rzucia. Zainteresowal nas tez cieniutki placek sliwkowy, ktory kupilismy jako slodycz na droge.

Zuwaczki

Lodowka
Zaraz obok znajdowal sie drugi sklepik, w ktorym wypatrzylismy piwo. Spragnieni, zmeczeni wchodzeniem pod gore z ciezkimi plecakami w upalna pogode o niczym innym nie marzylismy.
Niestety byly tylko 2l butelki. Mimo to dalismy sie skusic, najpierw myslac ze litr mozemy poniesc, pozniej stwierdzilismy, ze poczestujemy tam obecnych.
I w taki niewinny sposob stalismy sie sprawcami imprezy. Nie zorientowalismy sie nawet kiedy z 4 osob zrobilo sie parenascie, a podzielone piwo w cudowny sposob sie rozmnozylo :) Wsrod obecnych osob byl takze byly nauczyciel niemieckiego wraz z rodzinka. Rozmowy przy stole toczyly sie po polsku, rosyjsku, gruzinsku i niemiecku. Zaczeto nalegac na nas abysmy zostali. Nauczyciel oferowal spanie i wszelkie inne atrakcje byleby "bleiben" u niego. Postanowilismy skozystac z zaproszenia po wielokrotnych namowach.

Tak sie zaczelo....

... a tak sie skonczylo
Poszlismy 2 km do jednego z jego 3 domow. Tam wypilismy kawe i zostalismy ugoszczeni przystawkami przed zblizajacym sie obiadem. Bylismy tez swiadkami wypieku domowego chleba. Plan na dalsza czesc dnia zostal skrzetnie zaplanowany i nie bardzo mielismy na niego wplyw. Po adzarianskim obiedzie (wlasne sery, domowe ziemniaczki, smietana i pozostale skladniki wlasnej produkcji) zostalismy oprowadzeni po wlosciach Gospodarza, na ktore skladaly sie laki, lasy i 3 pasterskie, letnie chalupy. Nastepnie zasiedlismy pod sporym swierkiem przy biesiadnym stole i zaczelismy dalsza czesc imprezy. Dosc czesto przewijal sie podczas tego spotkania temat wizy do Polski i ulatwienia dostepu do niej poprzez wyslanie odpowiedniego listu. Skazilo to wydawaloby sie bezinteresowna goscine. Po licznych toastach piwem ( za nie haroszych ludzi) i winem (za haroszych ludzi) i wypaleniu sie sporego ogniska przyszlo nam zdecydowac w ktorym domu chcemy spac. Nasze checi wykraczaly poza wyobraznie naszego Gospodarza, gdyz wybralismy spanie w namiocie. W swietle ksiezyca rozbijalismy nasza palatke za ogrodzeniem jednego z domow. Noca wial wiatr, ktory nie pozwalal spokojnie spac, ale przynajmniej nie bylo latajacych owadow:)

Chleb i kawa

Letnie pasterskie domy

Noc w Khulo
Rano zwinelismy namiot i zostalismy zaproszeni na zakrapiane winem i piwem sniadanie. Staralismy sie nie przeciagac nieplanowanego na dwa dni pobytu w Khulo i niewypiwszy zbyt wiele (Aga nawet wcale, gdyz niewiedziec czemu pominieto ja przy wydawaniu wina) ruszylismy spowrotem na nasza trase. Do przeleczy nie bylo juz zbyt daleko. Szlismy drogo podziwiajac przepiekna panorame. Nasza divided highway zakrecala raz po raz pozwalajac rownomiernie opalic sie z kazdej strony. W najwyzszym punkcie drogi zastalismy kilka osob, wsrod ktorych nasze przybycie wywolalo ciekawe spojrzenia i poruszenie. Przedstawicielem zostal policjant, ktory z duza checia bral aparat do reki i robil nam zdjecia. Oto jedno z nich:

Na przeleczy
Po poznaniu naszej historii dlugo namawial nas na pozostanie u niego. Oferowal czacze, wino, chaczapuri i wsio domaszne, ale nieugieci odmowilismy, wiedzac, ze skonczyloby sie to parodniowa impreza. Czas nas gonil, gdyz bylismy umowieni na spotkanie z Marina w Tibilisi (o Niej napiszemy w dalszej czesci). Po przejsciu kolejnych km udalo nam sie w koncu zlapac podwozke do miejsca oddalonego o 15 km od naszego celu tego dnia - miasta-klasztoru wykutego w skale - Vardzia. Nie chcac miec przed soba dalekiego marszu zapytaleismy anglojezycznych turystow czy maja moze miejsce w aucie. Szybko przeszlismy na polski :) Dzieki pomocy ich gruzinskiego znajomego znalezlismy sie pod skalnym miastem. Zostawiwszy plecaki weszlismy w labirynt schodow i komnat, ktore drazane przez dziesiatki lat dawaly schronienie kilkudziesieciu tysiacom osob. Najwazniejsza budowla (ktora na szczescie sie zachowala) byl kosciol z freskami z XII w.

Vardzia - cerkiew

Vardzia
Po zakonczeniu zwiedzania postanowilismy zostac w Vardzii na noc. Rozbilismy sie obok namiotu z polska flaga. Krotko po tym zapoznalismy sie ze spora grupa rodakow. Chcac sie wykapac zaczelismy rozpytywac mieszkancow o takowa moliwosc. Wskazano nam rozklekotany budynek, wspominajac slowo "basen". Z niedowierzaniem zblizylismy sie do rudery gdzie faktycznie znajdowal sie regularny, geotermalny basen. Woda byla cieplutka, ale troszke czuc bylo od niej zgnilym jajkiem. Przez otwarte drzwi widac bylo jaskinie, a przez przeswitujacy dach przebijaly promienie slonca, Zyc nie umierac! Odmoczylismy sie porzadnie. Wieczorem nastala panslowianska polsko-rosyjsko-czeska impreza.

Basen
Kolejny dzien zaczelismy pierwsza wtopa - platnym stopem czyli niestopem, ale przynajmniej wrocilismy na glowna droge do miasta Aspindza. Staralismy sie znalezc kontakt sprzed dwoch lat (burmistrza), ale niestety bezskutecznie. "Kazde niepowodzenie jest nawozem sukcesu". Tak bylo i teraz. Za namowa Agnieszki zmienilismy miejsce lapania stopa. Po niedlugim czasie zlapalismy auto, ktorego kierowca okazal sie byc duchownym, ojcem chrzestnym wspomnianego burmistrza. Natychmiast nawiazalismy z Aleksandrem-burmistrzem lacznosc telefoniczna i pogadalismy chwile. Dojezdzajac do naszego celu bylismy swiadkami prawdziwego cudu! Butelka pelna wody na naszych oczach wypelnila sie winem cerkiewnym. Dodatkowo, na pamiatke dostalismy krzyzyki i obrazki.

Cuda!

Po podwozce od tutejszego ksiedza musialo pojsc latwo. Zlapalismy stopa prosto do Tibilisi z architektem. Doswiadczylismy na nowo emocji zwiazanych z poruszaniem sie po drogach w Gruzji... To bylo straszne. Pojecie pasow istnieje tylko w teorii a wyprzedzanie na 3-go jest norma. Popoludniem bylismy juz w Tibilisi... C.D.N.

Piekno gruzinskiego alfabetu
Pozdrawiamy!

Aga i Maciek



3 komentarze:

  1. zazdroszczę i czekam na kolejne wpisy ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niesamowite skalne miasto!! również czekam na kolejne wpisy:))) ściskamy!

    OdpowiedzUsuń
  3. Agnesa and Mate interesting blog you have, I love you, miss you

    OdpowiedzUsuń