Wystąpił błąd w tym gadżecie.

25.08.2011

Wreszcie gory!

W Tibilisi udalo nam sie spotkac ze znajoma Marina z ktora utrzymywalismy kontakt przez internet. Bardzo milo spedzilismy razem czas. Zostalismy oprowadzeni po miescie, odwiedzilismy tez wspolna znajoma Walentyne przez ktora wlasciwie nawiazalismy kontakt.
 Niestety zaniemogla nam karta ze zdjeciami z Tibilisi, takze ten wpis uzupelnimy dopiero po powrocie.

Tibilisi 

  Po 3 dniach spedzonych w miescie zatesknilismy za natura i postanowilismy jak najpredzej wydostac sie z Tibilisi. Wsiedlismy w metro, pozniej kawalek przejechalismy marszrutka i znalezlismy sie w Sagarejo. Bylo juz dosc pozno, nie mielismy nagranego noclegu. Szlismy wzdluz drogi wiodacej w kierunku Lagodekhi z nadzieja, ze na obrzezach miasta trafimy na osiedle domkow jednorodzinnych, gdzie moglibysmy sie rozbic w ogrodzie. Po godzinie marszu zrobilo sie calkowicie ciemno, a my znalezlismy sie na totalnym odludziu. Przejeci, zmeczeni wstapilismy do jakiejs zamykanej wlasnie knajpy, w ktorej nie wiadomo kto byl bardziej wystraszony my czy obsluga :D Przenieslismy sie na chwile w czasy glebokiej komuny... Nikt nie okazal jakiegokolwiek zainteresowania, ani checi pomocy wiec wyszlismy. Po drugiej stronie ulicy bylo jakies zamieszanie. Sporo dostawczych samochodow, jacys ludzie. Pomyslelismy, ze nic nie zaszkodzi zapytac. Trafilismy do nastepnej wlasnie zamykanej jadlodajni. Wszyscy patrzyli na nas troche podejrzliwie ale tez z litoscia. Rzucilismy haslo, ze szukamy miejsca na palatko. Kazano nam usiasc i poczekac. Po chwili przybiegl jakis czlowiek i zaproponowal, ze mozemy sie przespac u niego w kanciapie.
Okazalo sie, ze jestesmy goscmi stroza warzywnego targowiska! :D
Zostalismy zaproszeni na kolacje w rytmie cza-cza! ( tutejsza wodka winogronowa)
Poczulismy sie zaklopotani gdy pod koniec imprezy dwoch "gospodarzy" bedacych w dodatku rodzina zaczelo klocic sie kto bedzie nas goscil. Na szczescie skonczylo sie na szarpaninie i ostrej wymianie zdan. Nie chcac mieszac sie, polozylismy sie spac w strozowce.

Czy Pani lubi cza-cze? Czy cza-cze Pani zna? ...

Nastepnego dnia rano, gdy zaczelo sie robic tloczno i gwarno, jak to na targu bywa, wymknelismy sie wczesnie, zeby nie robic wiekszego zamieszania niz to ktore zrobilismy.
Po przejsciu ok 300m zatrzymalismy sie na sniadanie na trawie, po czym zlapalismy stopa, ktory zabral nas kilkadziesiat km dalej. Sluchajac rady naszego kierowcy ruszylismy w str monastryru Bodbe. Stop, ktorym jechalismy o maly wlos nie zakonczyl sie kraksa, gdy wszyscy wypatrywalismy monastryru, zamiast patrzec na droge i zblizajaca sie barierke.
Gdy dotarlismy na miejsce monastyr nie byl jeszcze otwarty, wiec poszlismy na kawke i uzupelnilismy dziennik. Monastyr nie zachwycil nas za bardzo, wiec po niedlugim zwiedzaniu pieszo ruszylismy w strone miasta Signaghi. Miasto to, polozone jest na szczycie gory i jego najwieksza atrakcja sa okalajace dawne stare miasto mury obronne. Sama miejscowosc jest niezwykle zadbana i wygladem nie wpasowuje sie w chaotyczny gruzinski krajobraz. Brukowane uliczki, odnowione kamienice itp z powodzeniem mogly by grac alpejska wioske. Jako, ze bylo niemilosiernie cieplo, udalo nam sie zdobyc tylko jedna z baszt, za to ta, z ktorej roztaczal sie piekny widok na cala okolice. Wrociwszy po pozostawione w knajpie plecaki zjedlismy obiad i nawiazalismy kontakt z dwojka Polakow siedzacych przy sasiednim stoliku. Okazalo sie, ze Ania i Szymek przyjechali stopem z Polski i tak jak Aga, pochodza z Sosnowca! Co wiecej - mieszkaja raptem kilkaset metrow dalej! Ich kolejnym celem, tak jak i naszym, bylo miasteczko Lagodekhi, polozone blisko azerskiej granicy. Umowilismy sie, ze tam sie spotkamy i wspolnie spedzimy wieczor.

Signaghi 

 Dosc szybko dostalismy sie do Lagodekhi. Tam, dzieki niespodziewanej podwozce, zdazylismy dotrzec do dyrekcji parku narodowego w godzinach pracy. Dowiedzielismy sie o istniejacych trasach wycieczkowych oraz o dwojgu Izraelczykow czekajacych na kompanie, aby wspoldzielic koszty wynajmu przewodnika na najdlusza dostepna wycieczke. Chwile po tym gdy rozbilismy namiot w poblizu dyrekcji, przybyli Ania z Szymkiem. Wieczor minal nam na wspolnym piciu wina i snuciu autostopowych opowiesci. Tego wieczoru poznalismy rowniez Mayaan i Eliona z Izraela, z ktorymi zdecydowalismy sie pojsc nastepnego dnia w gory na 3 dniowa wycieczke. Zbiorke ustalilismy na 10 rano.

Kolejny dzien zaczelismy od podzielenia rzeczy na te, ktore bierzemy w gory i na te, ktore zostaiwamy na dole. W efekcie, uwzgledniajac zakupy i wszelkie inne obsuwy, zamiast o 10 wyruszylismy przed 11. Czekala nas 5-6 godzinna wspinaczka do polozonej na 2000m n.p.m. stacji "meteo". Nasz przewodnik Pato sprawial  wrazenie wesolego i pogodnego czlowieka. Poczatek trasy biegl dnem doliny wzdluz potoku, wsrod tropikalnie wygladajacego lasu. Bylo bardzo goraco i parno. Pozniej, gdy zaczelo sie podejscie bylo jeszcze gorzej. Pot lal sie strumieniami a brak formy i siedzacy tryb zycia dawal sie we znaki. Na szczescie nasi kompani preferowali podobna szybkosc wchodzenia i nie bylo z tego powodu zadnych zgrzytow -  wrecz przeciwnie - gdy tylko ktokolwiek potrzebowal robilismy przerwe. Wspinaczka trwala nieco dluzej niz oczekiwal tego przewodnik, ale jeszcze za dnia dotarlismy na miejsce. Ugotowalismy sobie obiad i pojawil sie pewien problem - braklo benzyny w jedynej posiadanej przez nas maszynce. Dobrze, ze choc tego dnia udalo sie zjesc cieple danie. Sama stacja skladala sie ze starej i nowej chalupy, stolu, miejsca na ognisko i odleglego o 300 m zrodelka. Trudne podejscie wynagrodzil nam przepiekny zachod slonca. Rozbilismy namioty i ustaliwszy zbiorke na 9 poszlismy spac.

Zachod slonca w meteo 

Rano, po spokojnej nocy, mielismy malutki, tradycyjny juz obsuw czasowy. Czekal nas dlugi dzien. Niestety pogoda nie rozpieszczala - w  chwili wlozenia na plecy plecakow zaczelo padac. Po pierwszych kilku metrach w wysokiej trawie, na spodniach nie bylo juz suchej nitki. Niezrazeni tym, pelni dobrego humoru szlismy dalej wsrod przeplywajacych przez Kaukaz chmur. Poczatkowo droga szla stromo w gore, by po jakims czasie wyplaszyc sie. Musielismy tez zglosic sie i wylegitymowac paszportami w mijanym posterunku wojskowym.Udalo nam sie tez uzupelnic braki w benzynie, wiec wizja cieplej kolacji byla z powrotem realna:) Niespiesznie i juz nieco zmeczeni zblizalismy sie do jeziora, przez ktore przebiega gruzinsko-rosyjska granica. Tam krotki odpoczynek i droga "na zad", zeby zdazyc przed zachodem slonca. Wracajac pogoda troszke sie poprawila i moglismy popatrzec na otaczajace nas przepiekne gory! W koncu, tuz przed zmrokiem spowrotem bylismy na stacji meteo. Tym razem bylo tam pelno ludzi. Bylismy bardzo zmeczeni wiec troche podjedlismy i poszlismy spac. W nocy namiot przeszedl test bojowy - rozpetala sie potezna burza, ale namiot dal rade! W ostatni dzien schodzilismy spowrotem, zajadajac sie jezynami i walczac z bolem odcisnietych stop.Wczesnym popoludniem bylismy juz na dole, majac w nogach 70 km po gorach. Postanowilismy przeprac sie i wykapac, wiec znalezlismy sobie niedrogi pokoj. Na zlosc nie bylo biezacej wody, wiec pranie zrobilismy recznie a prysznic  zastapil nam garnuszek i zagrzana na gazie woda z butli.

 Klyska i Piecu w Kaukazie (Wlazus na Kaukazus)

Nad jeziorem z Mayaan i Eilonem 
 Klyska gorska

Po Lagodekhi naszym kolejnym celem byla Tuszetia. Wydostawalismy sie dosc dlugo z miasta, jako ze mielismy mokre pranie i sporo spraw na glowie. Szwedajac sie po miejscowosci bylismy tez swiadkami bardzo ladnego ulicznego koncertu, podczas ktorego mikrofon zastapila butelka, a gitare paletka do badbingtona.Gruzinskie dzieci maja jeszcze wyobraznie...

Uliczny koncert 


Gdy juz dotarlismy na droge, bez wiekszych przeszkod dojechalismy do bramy Tuszetii - ostatniego miejsca przed dluga gorska przeprawa - Leichuri.Wyszlismy za miasto i rozbilismy namiot nad rzeka, blisko jedynej drogi do Omalo. W nocy zaczal padac deszcz i ku naszemu zdziwieniu rano przeciekla podloga namiotu i w pilnym trybie zmuszeni bylismy sie ewakuowac. Gdy Piecu zbieral jeszcze mokry namiot Agnieszka poszla lapac stopa. Zatrzymal sie juz pierwszy jeep! Szybko dokonczylismy pakowanie i wsiedlismy do maszyny jadacej az do ostatniej wioski w Tuszetii :) Nasz kierowca byl Gruzinem, ktory niedawno wrocil z emigracji na Syberii... Przez 4 godziny przebijalismy sie kreta gorska droga. Mijanki mozliwe byly tylko w niektorych miejscach. Droga zapewniala nam niezapomniane wrazenia, zwlaszcza gy kierowcza oswiadczyl, ze z racji pogody droga moze byc lub nie. Wjechalismy na przelecz polozona prawie 3000 m n p m. droga, ktora prowadzila wsrod ogromnych przepasci i pionowych pol kolorowych kwiatow. Od tego miejsca zaczynala sie Tuszetia.

Droga do Tuszetii 

 Mijanka

Mgla

Po deszczowej nocy nasz namiot byl niezdatny do uzytku. Poprosilismy o mozliwosc wysuszenia go na plocie, a sami zostalismy zaproszeni na poczestunek. Jak to w Gruzji bywa, na stole szybko pojawilo sie domowej produkcji wino.. Wyjatkowo dobre - lekkie i orzezwiajace. Z kazdym kolejnym toastem oddalala sie wizja spania w namiocie - zostalismy goscmi w domu (tak jak dzien wczesniej 9 - osobowa grupa Polakow). Toasty przeplatane byly tuszetanskimi piesniami, ktore Pani domu spiewala przy akompaniamencie harmonii.
( http://www.youtube.com/watch?v=pwxi6Wz7wuU  - nasza gospodyni jest uczennica wykonawcy piesni z linka)
Po jakims czasie impreza przeniosla sie  do polozonego kilkanascie metrow wyzej pasterskiego szalasu, gdzie mieszkal brat gospodarza. Zostalismy ochrzczeeni Pan i Kly przez gospodarza ktory mial problem z zapamietaniem naszych imion. Pan to Pan, a Kly wzielo sie ze skojarzenia Agi nazwiska do nazwy pewnego miejsca Que :) Moglismy z bliska przyjrzec sie zyciu pasterzy i sprobowac przygotowanej przez nich baraniny, jedzonej ze wspolnego gara. Zmeczeni imprezowaniem szybko usnelismy.

Wieczor w tushetanskiej bacowce przy muzyce na zywo... mmm

Nasi gospodarze 

 Juz pytalismy gospodarzy czy w Tushetii zawsze pada deszcz, kiedy kolejny dzien wreszcie przyniosl slonce!
Po zjedzonym wspolnie sniadaniu wybralismy sie zwiedzic otaczajace wioske ruiny dawnej osady. Z gory roztaczal sie przepiekny widok na cala doline i majaczace w oddali, mnetalicznie polyskujace szczyty.
Po rozmieszczeniu dawnych i obecnych wiosek mozna zauwazyc, ze dawniej istotnym kryterium wyboru miejsca na wioske byly jego walory obronne, przez co wszystkie ulokowane byly zaskakujaco wysoko. Teraz wszyscy buduja sie nizej, w latwiej dostepnych miejscach.

Givreli


Okolo poludnia udalo nam sie ruszyc z plecakami w strone Dartlo. Kilkunasto kilometrowa droga wiodla dnem doliny i z kazdym kolejnym zakretem otwierala przed nami cudowne widoki ubarwione obecnoscia starodawnych wiez obronnych pochodzacych podobno z III-IV wieku. Pelnily tez funkcje systemu informujacego o nadciagajacym zagrozeniu.

Droga do Dartlo 

Wieczorem gdy dotarlismy do Dartlo rozbilismy namiot w pieknym otoczeniu, zaraz przy ruinach dawnej cerkwi. Niestety zostalismy poproszeni o przestawienie namiotu ze wzgledu na tuszetanska tradycje, niepozwalajaca kobiecie przebywac na terenie kosciola. Zwiedzanie zostawilismy na rano.

"Rankiem" wdrapalismy sie ponad wioske podziwiajac tradycyjna architekture. Wszystkie domy wraz z dachami zbudowane zostaly z zastanego surowca- lupka, ktory z czasem obrosl pomaranczowym mchem co wyglada korzystnie, bo dodaje im kontrastu  :)
Nastepnie wyruszylismy do Omalo, zazywajac porannego prysznica w przydroznym wodospadzie.

Dartlo 

Orzezwiajacy, poranny prysznic 

Tushetia 

Okolice Omalo 

Podwozka 25-letnim Maz-em 

 Pod wieczor dotarlismy do budynku administracji parku. Tam poza drobnymi zakupami dowiedzielismy sie co nie co o tushetanskich tradycjach oraz nauczylismy sie grac w antyczna gre.

 Tushetanska gra- Piecyk wygral z pania kustosz 
 
 Nastepnego dnia RANO dlugo lapalismy stopa na pustej drodze. Przecwiczylismy gre poznana dzien wczesniej - Klyska wygrala! Znow musielismy sie tlumaczyc czemu nie chcemy platnej podwozki i wyjasnic w jaki sposob podrozujemy. Dostalismy tez propozycje od kierowcy Kamaza podwozki za 40% normalnej ceny, jednak odmowilismy. Toczyl sie wolno, czekajac czy sie nie namyslimy. Po czym okazalo sie, ze to jemu peklo serce i czekal na nas za zakretem machajac reka i krzyczac "dawaj! dawaj na pake!"

 W oczekiwaniu na stopa - Klyska wygrala!

Pozegnanie Tushetii

Taliby 
To byl jeden z trudniejszych stopow. Przez 4 godziny walczylismy z unoszacym sie wszedzie kurzem i pajakami. Smaku dodawaly wertepy i mocno eksponowane widoki, szczegolnie gdy kierowca bral zakrety na "2" wyjezdzajac obrysem pojazdu poza droge- nad przepasc. Po drodze mielismy rowniez orzezwiajacy prysznic zafundowany przez wodospad :) Plus byl tego taki, ze na chwile przestal sie unosic pyl i kurz na pace.
 Widoki z paki 
 Wydostawszy sie z Tushetii ruszylismy do Telavi. Tam odbiwszy sie od drzwi zamknietej informacji turystycznej nagle zostalismy zapytani przez przypadkowa pare czy nie potrzebujemy pomocy. Okazali sie byc niemiecko-gruzinskim malzenstwem. Zaproponowali nam pomoc w znalezieniu noclegu w dobrej cenie, a gdy to sie nie udalo zaprosili do siebie. Zostalismy ugoszczeni kolacja, nie pozwolono nam takze rozbic namiotu twierdzac, ze staliby sie posmiewiskiem wsrod sasiadow. To niesamowite, ale okazalo sie, ze mamy wspolnych znajomych ( mieszkajaca w Hiszpanii Amerykanke). Bardzo milo spedzilismy wieczor. Rano zostalismy oprowadzeni po okolicy wraz z ich synkiem Lukasem.

Przemily wieczor z Denisem, Eka i jej rodzina

 Dzisiaj jestesmy juz w Tibilisi. Bez odbioru. 
Klyska & Piecu 


3 komentarze:

  1. no to teraz to mi sie na prawde podoba i gul mi lata po calosci!

    OdpowiedzUsuń
  2. nie no... tylko pozazdrościć!!! ja musiałam zaspokoić się teraz naszym rodzimym (skromniejszym lecz równie urokliwym)Beskidem Żywieckim;)
    P.S. super się czyta Wasze relacje i ogląda fotki przy dźwiękach muzyczki zapuszczonej z linka. Można poczuć choć mikroskopijną cząstkę tushetańskiego klimatu!
    Pozdrowionka:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że daliście znać i że macie okazję przeżyć tyle różnych większych i mniejszych przygód. Piszcie jak najwięcej, bo nie mogę się doczekać każdej następnej relacji!
    Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń